Wszystko by było OK, gdybym nie obudził się o 02.20 z zajebistym bólem głowy – łyknąłem tabletkę, ale już wiedziałem, że nie zasnę. Za chwilę zrobiło się ciepło i mimo tego, że czułem się jakbym pływał w wodzie, sen nie przyszedł. Pograłem trochę, poczytałem, z uporem maniaka sprawdzałem maila czy nie ma tam przypadkiem wiadomości od A. Ale oczywiście nie było – ani smsa, ani nic. Boli. Już bym wolał żeby mnie nienawidziła – ignorowanie jest najgorszym co może być. No, ale ja na to nie mam wpływu. Prawdę pisząc to już się poddaję – nie będę się szarpał z życiem, nie mam na to już siły. Niczego nie oczekuję, o niczym nie marzę, nie mam żadnych pragnień – chcę jakoś dociągnąć do końca tej farsy i zasnąć.
Ha, za to wczoraj udało mi się w pracy w końcu uporządkować biurko i zakończyłem ściemę pt: “Zarobiony jestem strasznie.” Niech szefowa widzi, że mam już wszystko zrobione i się nudzę. Zresztą, zauważyłem, że martwi się o mnie… I docenia moje poświęcenie. Choć jedna osoba. Bo za zwycięstwa w codziennej walce ani słowa od “tych” ludzi nie usłyszałem. Budujące jak cholera. No w każdym razie choć ona widzi jak bardzo się staram i mimo, że nie wszystko mi wychodzi – bo cały czas potrafię się rozryczeć widząc jakiś znajomy ciąg znaków na fakturze – to mnie wspiera. Prawdę pisząc wolałbym żeby to był ktoś inny. Ale ja nie mam prawa do wyboru, do uczuć, do szczęścia czy czegokolwiek. A ochłapów życia nie chcę – nie satysfakcjonuje mnie coś co można mieć bo tak będzie lepiej lub tylko dlatego, że tak trzeba. W dupie mam coś takiego. Zawsze sam musiałem o wszystko walczyć, zawsze mnie wyrzucano do rowu i nikt się nie interesował tym, że w tej głowie robi się coraz większa plątanina myśli. Bardzo niebezpieczna plątanina, nad która chyba mi się udaje zapanować. Tylko jakim kosztem? Nieżycia? Po prostu czuję się jak zombie – wyprany ze wszystkiego, nastawiony na proste przyjemności. Jedni jedzą mózgi, inni ćpają na potęgę, jeszcze inni chleją ile wlezie. Lub znajdują sobie hobby, które zajmuje im cały dzień. Albo wpadają w wir pracy, nie pozwalając by coś z zewnątrz przedostało się poza ten mur. Ale to i tak nie ma większego znaczenia, bo liczy się coś zupełnie innego – coś, co nie będzie mi dane, bo nie wpuszczę już nikogo za swój mur. Marne są szanse bym w tej kwestii jeszcze komuś zaufał.
Anyway, w końcu dotarła do mnie nowa klawiatura – niby nic, ale udało mi się dorwać slimkę Enzo:

Ci, którzy mnie trochę znają, wiedzą, że wręcz wielbię klawiatury o charakterystyce…makowej. Osobne, kwadratowe klawisze, o małym kliku. Gdyby nie to, że ta bezprzewodowa klawiatura od Apple jeszcze stoi w okolicach 200 – 250 pln, to bym się na nią skusił. A to Enzo kosztowało chyba nawet nie 60 pln. Pisze się na tym świetnie, ale przy Maku jednak jest widoczna różnica. Albo ja już po prostu zboczony jestem i pisząc tony tekstu przywykłem do MacBooka.
Nie wiem jak zaplanować popołudnie. Vramin pewnie zaraz wpadnie i napisze żebym nie pierdolił tylko wbijał na Battlefielda. Może. Sam nie wiem – ostatnio przechodzę kryzys (nomen omen, na X360 mam Crysis, którego skończyć nie mogę) gracza i jakoś… No nie wiem. Brazylijski serial już nie cieszy jak kiedyś – że pojadę Kurami. Wczoraj niemalże zmusiłem się do skończenia Red Dead Redemption – został mi sam epilog, ale za cholerę nie mogłem dotrwać do napisów końcowych. Swoją drogą gra jest genialna, a zakończenie mnie cholernie wzruszyło. Dobra gra, bardzo dobra. A dziś jeszcze odbieram Skyrim i znając życie to na początku wsiąknę, a potem odstawię i sprzedam nie dochodząc nawet do połowy.
Ech… Niech już spadnie ten śnieg.

